wtorek, 24 stycznia 2012
Stop ACTA! Okradajmy artystów.
Minister administracji i cyfryzacji Michał Boni - zapowiedział gotowość podpisania przez Polskę porozumienia ACTA, czyli międzynarodowej umowy, która chronić ma prawa autorskie w Internecie. Boni mówił na konferencji, że umowa ta nie będzie miała żadnego wpływu na polskie prawo, a po podpisaniu dokumentu i tak trzeba będzie go ratyfikować, sam podpis w imieniu rządu nic zatem nie zmieni i wszystko będzie po staremu. Po co więc podpisywać dokument, który niczego nie zmienia? To nie jest decyzja ministra Boniego, Zdrojewskiego, czy wspólne stanowisko Rady Ministrów, to decyzja premiera Donalda Tuska. Tego samego dnia, tyle, że Rano Boni mówił, że nic nie jest przesądzone, a los ACTA w Polsce ciągle się waży. Po spotkaniu z premierem, wyraźnie zmienił swoją opinię na temat tej międzynarodowej umowy, którą zresztą dyskutowano i opracowywano w wielkiej tajemnicy, nie tylko przed Polakami, ale wszystkimi obywatelami krajów, których ACTA ma dotyczyć. Ataki na polskie strony rządowe jest sprzeciwem wobec planów cenzury i ograniczania wolności w Internecie. Anonimowi szantażują rząd, ale w tym przypadku jest to szantaż uzasadniony. ACTA daje bowiem narzędzia umożliwiające jeszcze większą inwigilację, ale i działania szkodzące ludziom, ale przede wszystkim samemu systemowi społeczeństwa cyfrowego. Wszystko w imię ochrony praw intelektualnych, godności drugiego człowieka i jego prawa do ochrony dobrego imienia. W istocie jest to krzyk rozpaczy i przejaw strachu. Boi się władza. Rządy państw, które zdają sobie sprawę, że pozbawione kontroli nad cyberprzestrzenią, nie są w stanie kontrolować społeczeństwa, na odpowiednim dla siebie poziomie. Kolejna konferencja - Centrum Informacyjne Rządu zawiadamia, że dziś o godzinie 15:15 odbędzie się konferencja premiera Donalda Tuska. Jasne jest, że będzie mowa o ACTA, która ma bronić również okradanych przez internautów artystów. Jest społeczne przyzwolenie na takie kradzieże. Są strony na których można oglądać filmy, niemal równolegle z ich wyświetlaniem w kinach. Jest YouTube, gdzie niewyobrażalne wręcz zasoby często kwalifikują się, jako te skradzione i wrzucone do serwisu. Chodzi tutaj głównie o muzykę. Książki jeszcze kupujemy. Jednak, czy na pewno można mówić tu o okradaniu artystów. Który z nich utrzymuje się ze swojej działalności artystycznej, zresztą ów artystyczny dorobek może budzić wątpliwości. Grafomański tekst na 2 zwrotki i 4 refreny skleciłby przeciętny gimnazjalista. Bo prawda jest taka, że artyści już dawno przestali traktować sztukę i swoją twórczość intelektualną jako sposób zarabiania na życie. I nie dzieje się tak przez internautów. To system i wielka machina biznesowa stoi za załamaniem się tej granicy. Dziś artyści, chociaż być może słowo artyści należałoby wziąć w cudzysłów, zarabiają na czymś zupełnie innym. Z czego okradamy Madonnę, czy Krystynę Jandę ściągając MP3, czy film? Przecież Krystyna Janda ostatnio żyje z przekonywania tych złych i pazernych internautów, że dzięki kremowi z cząsteczkami złota, jest szczęśliwą artystką i może uprawiać radosną twórczość. Należy się jej uznanie i szacunek - to pewne, ale należy się też prawda o własności intelektualnej i pieniądzach, z których żyje. Edyta Górniak już dawno przestała żyć z muzyki. Za reklamę marki Soraya dostała milion złotych. W tym wszystkim jest jeszcze coś. Gorycz i złość, że internautów traktuje się jak idiotów, wmawiając im, że Edyta Górniak, czy Madonna żyją dzięki swojej twórczości, i że ściągając muzykę tych artystek odbiera się im chleb od ust. W istocie uzasadnione byłoby takie twierdzenie, gdyby Edyta Górniak nie brała milionów złotych za reklamy, tysięcy złotych za każdy odcinek "Tańca z Gwiazdami". Ludzie z branży wiedzą też doskonale, że chociażby Doda za każdy udział w programie telewizyjnym żąda pieniędzy. Tak, jeśli widzicie Dodę w "Dzień Dobry TVN", możecie być pewni, że dostała za to pieniądze. Bo właśnie tak wygląda prawda o artystach i ich pieniądzach. I niech żaden artysta nie waży się powiedzieć, że czuje się okradany przez internautów. A zdarzało im się tak mówić, właśnie w programach, za które dostawali niemałe pieniądze. Albo na imprezach, na których brylowali z najnowszą torebką od Louis Vuitton i sukience za 30 tysięcy. Larum podniesione przez niektórych, że czas skończyć z okradaniem artystów i internecie, byłoby uzasadnione, gdyby artyści Ci, w istocie żyli dzięki swojej twórczości. Oszołomy
Nocą w telewizji są programy interaktywne, wróżki, wróżbici i jasnowidze i powtórki. Noc. Powtórka nie wiadomo już, którego odcinka "Rozmów w toku". Tu cytat. - Ale gdzie ja mam chodzić? Gdzie można kogoś poznać? W Internecie to przecież same oszołomy są. Dziękuję bardzo! Nie do końca prawdziwe, ale jakoś wszyscy mamy wrażenie, że "coś w tym jest".
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Słodka krew
Obudziłem się sam, bez budzika. Bez człowieka obok. Całe łóżko, przez całą noc, miałem tylko dla siebie. Rześkie powietrze orzeźwiało ciało. Nie było zimno. Było chłodno, przyjemnie. Jednak tym razem nie na tyle, żeby zostać nago. Owinąłem się miękkim szlafrokiem. Stopy dotknęły zimnej podłogi. Po karku przeszedł dreszcz. Wyjrzałem przez okno. Zima. Udawana. Nieprawdziwa. Przecież w drugiej połowie stycznia powinno być śniegu po kolana i jakieś 10 stopni mrozu. I mimo, że było ładnie, biało - to temperatura sugerowała jasno - zanim się ściemni - będzie ponuro, szaro i wszystko stopnieje. Zresztą, wszystko jedno. Z sanek wyrosłem, a narty w Warszawie odpadają. Przynajmniej, kiedy wychodzę z firmy nie muszę odśnieżać auta. Cisza. W powietrzu zapach świeżej kawy. Z mlekiem i cukrem. Usiadłem przy stole. To był tylko mój poranek. Mruczała jakaś płyta, kawa pobudzała umysł i rozgrzewała schowane w szlafroku ciało. Tylko w stopy było mi trochę zimno. Było tak jak lubię. Kawa, gazety (wczorajsze, niedokończone). Telefonów nie dotykałem przez całą sobotę. Miałem kilka nieodebranych połączeń i kilka SMS-ów. Zadzwonił dzwonek w komputerze. Przyszła jakaś wiadomość. Zabawa w życie, w młodość, w namiętność. Pomyślałem sobie - dobra, bawmy się. Jakoś tak wyszło. Sceptyk i pozytywistyczny optymista zechciał się zabawić. Sceptyk, bo przecież, została nam tylko zabawa. Nie ma sensu przecież walczyć, nie ma sensu rzucać się pod wiatr. Nie ma wielu ogarniętych chłopców. Nie ma wielu wysokich, z ładnym uśmiechem, ładnie pachnących. Nie ma już chłopców, z którymi warto coś budować. No dobra znam czterech - ja, Ins - przyjaciel, były On, i taki jeden kumpel. Żaden z nich nie będzie niczego budował ze mną. I dobrze - nic by z tego budowania nie wyszło. Złe fundamenty. Zostaje nam zabawa z innymi. Więc...
I tylko później gryziemy wargi do krwi. Bo okazuje się, że dobra zabawa mogłaby być fundamentem. Poznałem piątego. Mam wyjątkowo słodką krew. I poharatane wargi.
środa, 11 stycznia 2012
Zielony rower
Gryziesz usta do krwi. Mocno zaciskasz pięści. Na Twojej skroni żyły rysują mapę życia. Nie możesz przestać pędzić wyznaczoną drogą. Bo przecież z każdym dniem zostaje Ci mniej czasu. Z każdym dniem oddala się od Ciebie cel, do którego pędzisz. Im dalej jesteś w drodze, tym cel oddala się bardziej. Zaczynasz więc biec, żeby nadrobić stracony czas. Przydałby się chociaż rower... Kiedy byłem mały jeździłem zielonym rowerem. Kierownicę pomalowałem z Tatą na żółto. Dużo fajnych rzeczy robiłem razem z Tatą. Malowaliśmy ją w piwnicy... Kiedyś najwięcej skarbów było w garażu i w piwnicy. Zawsze myszkowałem po skrzynkach i szufladach z narzędziami. Oglądałem sprzęty i rzeczy, które dla dorosłych wydawały się bezużyteczne, ale na tyle sprawne, czy w perspektywie przydatne, że nie lądowały na śmietniku... Tam znalazłem zielony telefon z ogromną tarczą, i lampkę, taką metalową, jakie dawniej spotykało się w kancelarii pani dyrektor. Miałem kolekcję śrubek, nakrętek i uszczelek. Tam znalazłem druczki i jakieś książki, które Tata musiał wypełniać w pracy... Byłem z Niego bardzo dumny - nosił pistolet i zielony beret. Kiedy podrosłem - Tata nosił już błękitny beret i plakietkę ONZ-tu na ramieniu. Byłem z niego jeszcze bardziej dumny. Później Taty nie było w domu. Był na wojnie. Wtedy byłem najdumniejszym synem na świecie, ale bałem się. W telewizji mówili, że jest tam niebezpiecznie. Mama mówiła, że są tam podziemne schrony i Tacie nic złego się nie stanie. Ale w nocy słyszałem jak płacze. Ze strachu. Ja też kilka razy płakałem. Wszyscy płakaliśmy - Tata też. Kiedy dorosłem - przyznał się. Płakaliśmy trochę ze strachu, ale przede wszystkim z tęsknoty. Kiedy Tata wrócił - dostałem jego czarną torbę ONZ-tu i buty z Iraku... Mój zielony rower Tata przywiózł mi z Niemiec. Nikt takiego nie miał. Kiedyś zepsułem w nim kierownicę i uderzyłem w parkingowy słupek. Spadłem z roweru i straciłem przytomność...
|